sobota, 16 kwietnia 2016

Wynoś się!

Zdarzyło się to 4 lipca 1976 r., w dwustulecie powstania Stanów Zjednoczonych. Arcybiskup Fulton J. Sheen miał tego dnia wygłosić gościnną homilię podczas południowej Mszy Świętej, a ja byłem jednym z ministrantów.

Miałem wtedy czternaście lat i słyszałem o Sheenie od mojego Taty. Słyszałem, że każdego tygodnia prowadził program telewizyjny, który regularnie osiągał największą oglądalność. Nawet w moim ówczesnym, młodym wieku, zdawałem sobie sprawę z tego, że było to duże osiągnięcie. Dlatego też instynktownie wiedziałem, że możliwość służenia mu do Mszy Świętej była również czymś wielkim.

Lecz to, co zapamiętałem z tego dnia najbardziej, zdarzyło się po Mszy Świętej. Arcybiskup Sheen siedział z nami, ministrantami, w zakrystii i żartował na temat zbyt dużej ilości kadzidła. Robił na nas wrażenie życzliwego, starszego dziadka. Miał 76 lat*, Pan miał go powołać do siebie trzy lata później.

Nagle do zakrystii wszedł z innego pomieszczenia młody, przyzwoicie ubrany hippis i zaczął krążyć wokół Sheena, wymachując książką rzekomo własnego autorstwa. Powiedział, że właśnie wrócił po kilku latach z Dalekiego Wschodu, że napisał tę książkę, w której połączył najlepsze elementy katolicyzmu oraz wschodniego mistycyzmu i że chciałby, aby Sheen przeczytał tę książkę.


Fulton Sheen odwrócił się z wielkim, uzasadnionym gniewem i wrzasnął - naprawdę wrzasnął na mężczyznę: "Wynoś się! Wynoś się! Wiara katolicka jest darem od Wszechmogącego Boga i nie pozwolę ci jej skazić. WYNOŚ SIĘ!".


Po czym błyskawicznie powrócił do swojego uprzedniego nastroju dobrotliwego dziadziusia, aby dalej z nami żartować.

Nigdy nie zapomnę tej sceny. Było to 35 lat temu. NIGDY nie zapomnę tej sceny.


Oczywiście wiele osób z tego świata powiedziałoby, że Sheen był zdziwaczałym starcem z jakimś zaburzeniem osobowości. Wielu ludzi w Kościele powiedziałoby, że nie było w nim miłości, że powinien był usiąść i dialogować z tym człowiekiem, powinien był okazać więcej roztropności, nie powinien osądzać, bla, bla, bla.


* w rzeczywistości Fulton J. Sheen w 1976 r. miał już 81 lat. (przyp. tłum.)

Źródło: http://laudemgloriae.blogspot.com/2011/08/get-out.html

niedziela, 15 listopada 2015

Warunki wojny sprawiedliwej (część 2)


Zastosujmy teraz te zasady do wojny. Wojna jest tylko wtedy sprawiedliwa, gdy jest dobra co do celu, intencji i okoliczności:

1.    Cel wojny musi być dobry; musi się ona toczyć w sprawiedliwej sprawie. Istnieją dwa rodzaje wojen: ofensywne i defensywne. Wojna defensywna jest sprawiedliwa, gdy jest prowadzona w obronie podstawowych i fundamentalnych praw, które zostały odebrane w sposób niesprawiedliwy.  Wojna ofensywna jest sprawiedliwa, jeśli jest jedynym sposobem przywrócenia podstawowych i fundamentalnych praw lub sprawiedliwości. Należy przy tym oczywiście dodać, że wojna jest ostatecznym środkiem zachowania sprawiedliwości, że wypróbowano już wszystkie inne pokojowe środki w celu naprawienia zła i że znaczenie sprawiedliwości, której się broni, jest proporcjonalnie większe od skali zła, które wywołałaby wojna. Jak ujął to w średniowieczu Henryk z Gandawy: „Istnieją dwa rodzaje walki: przez dyskusję lub przemoc. Pierwsza jest typowa dla człowieka, druga – dla dzikich zwierząt. Do tej drugiej wolno się uciekać  tyko wtedy, gdy pierwsza jest daremna”. Wojna nie może być jednocześnie sprawiedliwa po obu stronach. Wątpliwe prawa nie mogą być podstawą sprawiedliwej sprawy. Na ludziach sprawujących władzę spoczywa poważny obowiązek rozważenia wszystkich argumentów, gdyż wojna nie jest problemem politycznym; jest problemem moralnym i religijnym. Gdy istnieją wątpliwości co do tego, czy sprawa, w której toczy się wojna, jest sprawiedliwa, konflikt musi zostać rozstrzygnięty w inny sposób, np. przez arbitraż. Chrześcijanin nie może przyjmować doktryny Stephena Decatura: „Ma rację, czy nie – to moja ojczyzna”. Slogany tego typu zakładają, że ponad narodem nie istnieje żadne prawo, prawo Boże, dlatego wszystko, co postanowi dane państwo, jest słuszne. Chrześcijańska postawa jest następująca: Jeśli nasz kraj się myli, niech zacznie mieć rację, a jeśli ma rację, to w razie potrzeby oddamy zań nasze życie, gdyż umierając za nasz kraj będziemy bronić sprawiedliwości naszego kraju, tożsamej z Boską sprawiedliwością.

2.    Wojna musi być dobra lub sprawiedliwa nie tylko co do celu lub sprawy, lecz również co do intencji. Jedynym motywem, który może usprawiedliwić wojnę, jest promowanie wspólnego dobra i unikanie zła. Wspólne dobro oznacza tu nie tylko dobro wspólne danego narodu, lecz dobro wspólne świata, gdyż żaden naród nie jest dziś hermetycznie zamknięty; porządek i powodzenie każdego narodu wiąże się nierozerwalnie z innymi narodami.  Wojna wypowiedziana w sprawiedliwej sprawie przez legalne władze może stać się niesprawiedliwa z powodu złych motywów tego, który ją prowadzi, np. z chęci zemsty cywilnej, dla zaspokojenia żądzy dominacji, lub dla wywołania wewnętrznych napięć i wzniecenia rewolucji wewnątrz kraju ogarniętego wojną.  Tę ostatnią technikę stosują komuniści, którzy posługują się nawet sprawiedliwą wojną, aby rozniecić wojnę domową. Wojna jest strasznym narzędziem, ostatecznym środkiem, do jakiego można się uciec, by bronić sprawiedliwości i aby skorzystać z tego środka, trzeba mieć czyste serce i czyste dłonie. Dlatego nie wolno mylić sloganów z motywami. Cywilizacja i kultura nie może być ceną bitwy i dlatego nie może być jej pretekstem.

3.    Wojna, by zasłużyć na miano sprawiedliwej, musi być dobra nie tylko co do sprawy i co do motywu, lecz również co do okoliczności lub metod. Złe środki mogą zniszczyć dobre motywy: na przykład złym motywem byłby kolportaż niemoralnej literatury w celu zgromadzenia pieniędzy na potrzeby oddziału położniczego.  Kościół jest szczególnie stanowczy w kwestii okoliczności wojny, które kładą się cieniem na moralności. Gdy w 1937 roku meksykański rząd prześladował religię z wściekłością typową dla hitlerowców, niektórzy myśleli, że rewolta z użyciem przemocy będzie usprawiedliwiona. Z tego powodu, w marcu 1937 roku, Ojciec Święty Pius XI wystosował następujący list do biskupów meksykańskich: Kościół potępia każdą niesprawiedliwą rebelię lub akt przemocy wobec prawnie ukonstytuowanej władzy cywilnej…mimo że prawdą jest, że rozwiązania praktyczne zależą od konkretnych okoliczności, jest naszym obowiązkiem przypomnieć wam kilka zasad, o których zawsze należy pamiętać:

A. Metody stosowane w celu egzekwowania praw są środkami służącymi do osiągnięcia celu lub stanowią cel względny, ale nie cel ostateczny lub absolutny. Na przykład broń jest środkiem; jej użycie nie jest usprawiedliwione tym, że strzela, ale motywem, dla którego strzela. Moralność użycia broni jest pojęciem względnym; istnieje głęboka przepaść między bronią użytą w celu zabicia grubego zwierza a bronią użytą w celu zabicia bogatego wujka.

B. Będąc środkiem służącym do osiągnięcia danego celu, sposoby egzekwowania praw muszą być legalnymi aktami, a nie aktami wewnętrznie złymi. Innymi słowy, cel nie usprawiedliwia środków. Nieważne, jak wielka byłaby odniesiona korzyść, jeśli w celu jej osiągnięcia pogwałcone zostanie prawo moralne. Nie wolno mi zatłuc milionera, aby zdobyć pieniądze w celu zakupu ambulansów dla rannych.

C. Ponieważ metody egzekwowania praw powinny być proporcjonalne do celu, mogą być użyte tylko w takim stopniu, jaki wydaje się konieczny dla osiągnięcia, w pełni lub częściowo, danego celu i w stopniu, jaki nie wyrządzi społeczeństwu większej krzywdy niż krzywda, którą miały naprawić. Na przykład bombowiec jest środkiem, który służy wygraniu wojny. Użycie go w celu zbombardowania szpitali nie jest proporcjonalne do wyżej wymienionego celu i dlatego jest nieusprawiedliwione. Nie istnieją granice tego, co ludzie chcą robić podczas wojny, ponieważ fizycznie mogą zrobić wszystko; istnieją granice tego, co wolno robić podczas wojny, ponieważ – ze względów moralnych – istnieją rzeczy, których ludzie robić nie powinni, np. zabijać jeńców wojennych, ignorować wywieszenia białej flagi, zmuszać podbitych narodów, a w szczególności kobiet, do maszerowania na bitwę przed żołnierzami.  Kościół katolicki oficjalnie uważa, że bombardowanie obszarów zamieszkałych przez cywili jest niesprawiedliwą metodą prowadzenia wojny, a L’Osservatore Romano zadeklarowało 10 czerwca 1938 roku, że protesty świata przeciw bombardowaniom w Hiszpanii były usprawiedliwione, ponieważ bombardowane obszary nie były przedmiotem militarnego zainteresowania.

c.d.n. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "The Conditions of the Just War", 1941r.

sobota, 14 listopada 2015

Warunki wojny sprawiedliwej (część 1)

Tragedią naszych czasów jest, że tak wielu ludzi konfrontowanych jest z problemami, nieoczekiwanymi tragediami lub katastrofami, w odniesieniu do których brakuje im rozwiązań. Chrześcijanin nigdy nie jest w podobnej rozterce, ponieważ posiada filozofię życia i hierarchię wartości, które istniały na długo zanim wystąpiła dana trudność. Różnica między współczesnym poganinem a prawdziwym chrześcijaninem polega na tym, że pierwszy napotyka na dziwne drogi pozbawione znaków, podczas gdy chrześcijanin ma mapę, na której wszystkie drogi zostały uwzględnione; poganin odczuwa potrzebę zmierzenia czegoś, lecz nie posiada miary; chrześcijanin posiada swój standard wartości, który istnieje, zanim dana rzecz zostanie poddana wycenie. Chrześcijanin jest niczym cieśla, który nosi miarę w swojej kieszeni – nie wie, czy będzie musiał mierzyć podłogi, sufity, budy dla psów, pałace, budynki kin lub kościołów, lecz niezależnie od tego, gdzie będzie mu dane stanąć lub pochylić się, nigdy nie wyrzuci swej miary, nigdy nie postanowi stać się liberałem i sprawić, że stopa będzie mierzyła 13 cali, ani reakcjonistą, który obliczyłby długość stopy na 11 cali. Stopa dla chrześcijanina zawsze będzie miała 12 cali długości, bez względu na postępową edukację. Natomiast współczesny człowiek używa zasad moralnych niczym ubrań. Stosuje on dany zestaw zasad w jednej chwili, inny zestaw w innej chwili, podobnie jak zakłada białe spodnie do gry w tenisa, czarny garnitur do kolacji, kąpielówki na plażę i zdejmuje wszystko, gdy wchodzi do wanny. Jego preferencje determinują jego zasady moralne, podczas gdy to zasady moralne powinny determinować jego preferencje.


Ta różnica między współczesnym poganinem a chrześcijaninem jest prawdziwa nie tylko w przypadku edukacji, ekonomii, polityki lub nauki, lecz również w przypadku wojny. Chrześcijanin nie czeka, aż wojna zostanie wypowiedziana, po to by później drwić z jej sprawiedliwości lub niesprawiedliwości pod wpływem propagandy, emocji lub sloganów. Chrześcijanin posiada zestaw zasad sprawiedliwości, mających swe źródło w odwiecznym umyśle Boga, który poprzedza wszelkie konflikty.  W tym rozdziale zastanowimy się, czym są te zasady w odniesieniu do wojny. Innymi słowy, zapytamy, czy wojna kiedykolwiek jest usprawiedliwiona.  To pytanie sformułowane jest tak, aby zupełnie nie zważać na wojnę toczącą się obecnie (II wojna światowa – przyp. tłum.). Naszym celem jest spisanie niezmiennych katolickich zasad wojny sprawiedliwej – zasad, które posiadaliśmy przed tą wojną, przed Wojną Secesyjną, przed Rewolucją Francuską, przed Lepanto, przed cesarzem Konstantynem  i które będą obowiązywać również długo po tej wojnie. Najpierw ustalimy, jakie są wyznaczniki czynu moralnie słusznego, a później zastosujemy te kryteria do wojny.

W każdym akcie moralnym należy rozważyć następujące trzy czynniki: po pierwsze – cel, po drugie – intencję, po trzecie – okoliczności. Jeśli dany czyn ma być postrzegany jako moralnie słuszny, żaden z tych trzech elementów nie może sprzeciwiać się moralnemu prawu. Aby objaśnić to zagadnienie, często posługujemy się starą łacińską maksymą: Bonum ex integra causa, malum ex quocumque defectu, co oznacza, że wszystkie moralne wyznaczniki danego aktu muszą być dobre: jego cel, jego intencja oraz jego okoliczności. Jeśli jeden z tych wyznaczników dobry nie jest, wówczas nie można uważać, że dany akt jest integralnie dobry. 

Oto przykład: Przypuśćmy, że ktoś chce się dowiedzieć, czy wspomożenie ubogiego przyjaciela, który potrzebuje 1000 dolarów, aby uratować swój biznes, jest czynem moralnie dobrym. Zapytajmy po pierwsze: Jaki jest cel daru? Aby pomóc bliźniemu. Oczywiście jest to dobry cel, ale on sam nie czyni tego aktu moralnie dobrym, gdyż należy rozważyć pozostałe dwa aspekty. 

Po drugie, jaka jest intencja lub motyw danego czynu? Sam czyn może być wprawdzie dobry, ale motyw może być zły. Jeśli motywem w omawianym przypadku jest chęć zdjęcia z przyjaciela ciężaru finansowego, aby mógł zagwarantować sobie i swojej rodzinie normalny standard życia, wówczas czyn ten wciąż jest moralnie dobry, lecz jeśli motywem daru jest zyskanie uznania w oczach żony bliźniego i sprowokowanie jej do złożenia wniosku o rozwód, wówczas czyn ten zostaje zniszczony przez złą intencję. 

Po trzecie, należy spytać: jakie są okoliczności? Jeśli dar zostałby przekazany za pośrednictwem przyjaciółki żony, która – wręczając dar – wyśmiała świętość węzła małżeńskiego i usprawiedliwiła ideę rozwodu twierdząc, że wszyscy się rozwodzą, wówczas dobry czyn zostałby jeszcze bardziej zniszczony i zmarnowany przez niemoralne okoliczności, które mu towarzyszyły. 


Nigdy nie dość przypominania, że wszystkie te trzy czynniki muszą być dobre: sam czyn, intencja i okoliczności. Dlatego dany czyn musi być dobry nie tylko co do celu, lecz również co do środków.  To właśnie o tym zapominają współcześni poganie: myślą, że skoro cel jest dobry, mogą oni posłużyć się takimi środkami, jakie im się podobają. I tak się składa, że tych, którzy zostali zwiedzeni przez kłamstwo, Jezuici nigdy nie nauczali niczego poza tą właśnie tradycyjną doktryną chrześcijańską. 

c.d.n.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "The Conditions of the Just War", 1941r.

Jaki czyn jest moralnie dobry?

W każdym akcie moralnym należy rozważyć następujące trzy czynniki: po pierwsze – cel, po drugie – intencję, po trzecie – okoliczności. Jeśli dany czyn ma być postrzegany jako moralnie słuszny, żaden z tych trzech elementów nie może sprzeciwiać się moralnemu prawu. Aby objaśnić to zagadnienie, często posługujemy się starą łacińską maksymą: Bonum ex integra causa, malum ex quocumque defectu, co oznacza, że wszystkie moralne wyznaczniki danego aktu muszą być dobre: jego cel, jego intencja oraz jego okoliczności. Jeśli jeden z tych wyznaczników dobry nie jest, wówczas nie można uważać, że dany akt jest integralnie dobry.

Oto przykład: Przypuśćmy, że ktoś chce się dowiedzieć, czy wspomożenie ubogiego przyjaciela, który potrzebuje 1000 dolarów, aby uratować swój biznes, jest czynem moralnie dobrym. Zapytajmy po pierwsze: Jaki jest cel daru? Aby pomóc bliźniemu. Oczywiście jest to dobry cel, ale on sam nie czyni tego aktu moralnie dobrym, gdyż należy rozważyć pozostałe dwa aspekty.

Po drugie, jaka jest intencja lub motyw danego czynu? Sam czyn może być wprawdzie dobry, ale motyw może być zły. Jeśli motywem w omawianym przypadku jest chęć zdjęcia z przyjaciela ciężaru finansowego, aby mógł zagwarantować sobie i swojej rodzinie normalny standard życia, wówczas czyn ten wciąż jest moralnie dobry, lecz jeśli motywem daru jest zyskanie uznania w oczach żony bliźniego i sprowokowanie jej do złożenia wniosku o rozwód, wówczas czyn ten zostaje zniszczony przez złą intencję.

Po trzecie, należy spytać: jakie są okoliczności? Jeśli dar zostałby przekazany za pośrednictwem przyjaciółki żony, która – wręczając dar – wyśmiała świętość węzła małżeńskiego i usprawiedliwiła ideę rozwodu twierdząc, że wszyscy się rozwodzą, wówczas dobry czyn zostałby jeszcze bardziej zniszczony i zmarnowany przez niemoralne okoliczności, które mu towarzyszyły.


Nigdy nie dość przypominania, że wszystkie te trzy czynniki muszą być dobre: sam czyn, intencja i okoliczności. Dlatego dany czyn musi być dobry nie tylko co do celu, lecz również co do środków.  To właśnie o tym zapominają współcześni poganie: myślą, że skoro cel jest dobry, mogą oni posłużyć się takimi środkami, jakie im się podobają. I tak się składa, że tych, którzy zostali zwiedzeni przez kłamstwo, Jezuici nigdy nie nauczali niczego poza tą właśnie tradycyjną doktryną chrześcijańską.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "The Conditions of the Just War", 1941r.

środa, 29 lipca 2015

Jak zagłuszyć głos sumienia?

Głos sumienia można zagłuszyć na cztery sposoby: zabijając je, zaprzeczając jego istnieniu, topiąc je i uciekając od niego. Nietzsche jest inspiracją dla tych, którzy zabijają sumienie. Ten filozof był szczerym zwolennikiem grzeszenia aż do punktu, w którym sumienie ulegnie całkowitej zatracie i nie potrafi już rozróżnić między dobrem a złem (...).

Nietzsche nawołuje do czegoś, co nazywa on "przewartościowaniem wartości", w wyniku którego dobro staje się złem, a zło dobrem. Jeśli taka patologia trwa wystarczająco długo, można zabić sumienie. Gdy człowiek zaczyna pracować w fabryce kotłów, hałas będzie go ogłuszał przez pierwszych kilka miesięcy; później dany robotnik przestanie go w ogóle słyszeć. W podobny sposób można wygłuszyć sumienie, a jego głos nie będzie słyszalny aż do ostatnich chwil naszego życia; wtedy ożyje ono na nowo. 

Innym sposobem ucieczki od głosu sumienia jest zaprzeczenie jego istnieniu (...). Przybiera ono zwykle formę racjonalizacji, czyli dostosowania naszego sumienia do sposobu, w jaki żyjemy. Zaprzeczając istnieniu najwyższego standardu poza samym sobą, człowiek może uciec przed samoobwinianiem się; jego życie staje się wtedy niekończącą się misją zachowywania własnej twarzy. Marksizm jest jedną z takich form zagłuszania sumienia, ponieważ winę za nasze wewnętrzne napięcia przypisuje on warunkom ekonomicznym. Inne ideologie luźno wiążą kwestię sumienia z wpływem stada. Takie filozofie zakładają, że zachowanie danego człowieka zawsze zależy od innych, a nie od niego samego. Z jednej strony twierdzą one, że człowiek nie jest wolny, lecz zarazem domagają się, aby miał on prawo do swobodnego wyboru swoich własnych poglądów. 

Trzecia ucieczka polega na topieniu sumienia (...). Gdy zdamy sobie sprawę z tego, że każdego dnia w Stanach zjednoczonych sprzedaje się 6 milionów tabletek nasennych i że wartość spożywanego alkoholu oszacowano na 50 dolarów na osobę (włączając w to mężczyzn, kobiety i dzieci), gdy uświadomimy sobie, że w USA żyje 700 tysięcy potwierdzonych alkoholików i zdiagonozowano 3 miliony przypadków zaburzeń osobowości typu borderline, dostrzeżemy wyraźnie, że wielu spośród nas stara się topić wszelkie poczucie własnej odpowiedzialności i wolności, zrzucając z siebie ciężar wolnego wyboru.

Nie należy ignorować czwartej metody zagłuszania sumienia - ucieczki od niego. Również tę formę można zaobserwować wśród osób uzależnionych od narkotyków i alkoholu; stracili oni zdolność mierzenia się z jakimikolwiek nieprzyjemnościami (...). Ci, którzy uciekają przed wymogami sumienia, drżą na myśl o wysiłku podjęcia jakiejkolwiek decyzji lub o wysiłku przezwyciężenia ich aktualnego stanu; zmierzenie się z trudnościami wiąże się bowiem ze zbyt dużymi nieprzyjemnościami. Kłopot tych ludzi to "bałwochwalstwo wygody". Jest to powszechna dolegliwość. Współczesnemu człowiekowi wydaje się, że życie powinno przebiegać spokojnie, że nie ma w nim miejsca na niedogodności, że wszystko powinno funkcjonować tak doskonale, jak gadżety, którymi lubi się on otaczać i od których coraz bardziej się uzależnia. Człowiek taki pogodzi się z trudnościami życiowymi tylko wtedy, gdy spodziewa się za nie specjalnej nagrody. Wielu ludzi wciąż potrafi znosić pewną ilość nieprzyjemności, jeśli wiążą się z rzeczami, o które warto walczyć: gotowi są ponieść wielki wysiłek, aby osiągnąć większy dochód lub prestiż społeczny. Lecz są wśród nas inni, którzy nie są gotowi na najmniejsze, konieczne cierpienia wiążące się z życiem codziennym. W nietrzeźwości lub innych formach odurzenia szukają oni ucieczki od tych cierpień i od odpowiedzialności. Poprzez swą próbę ucieczki od wszelkiego wysiłku potwierdzają oni ideę zawartą w Księdze Rodzaju, zgodnie z którą praca jest karą, którą człowiek nie jest w stanie się cieszyć.

Należy zauważyć, że wszystkie formy tłumienia ludzkiej winy wywierają wpływ na podświadomość i na ludzkie ciało. Każde odrzucenie sumienia jako głosu Boga może przez chwilę wydawać się skuteczne, ale nadejdzie dzień, w którym pogwałcone sumienie zwróci się z furią przeciw swej ofierze, dręcząc ją na jawie i zatruwając jej sny, zamieniając ciemność w koszmar. Gdy w nocy zwiększa się nasza wewnętrzna zdolność widzenia, nieczyste sumienie nie może zasnąć z obawy przed tym, że ujrzymy je w całej jego brzydocie. Nic tak bardzo nie potęguje niezdrowego strachu jak głęboko skrywana wina. 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Peace of Soul", 1949r., str. 102-104.


niedziela, 1 marca 2015

Dlaczego patriotyzm zanika?

Patriotyzm zanika z dwóch powodów; pierwszym z nich jest według mnie to, że żyjemy w epoce antybohaterów. Dzisiejszy duch Ameryki nosi nazwę "muszę być sobą" i jeśli ktokolwiek góruje nad nami duchem ofiary i poświęcenia, próbujemy strącić go do naszego poziomu. Taki człowiek, patriota i bohater, jest dla nas wyrzutem. Jest to jeden z powodów, dla którego, jak sądzę, współcześnie pisane biografie naszych wielkich patriotów brzmią jak artykuły z tabloidów. Zajrzyjcie do niedawno wydanej biografii Waszyngtona, w której opisane jest, jak dużo pieniędzy roztrwonił; w biografii Jeffersona znajdziemy informację o tym, że poślubił czarnoskórą kobietę. Abraham Lincoln nazywany jest rasistą, a teraz pojawiły się ataki na Kennedy'ego. Jak tylko znajdziemy wielkiego człowieka, zaczynamy się dziwić, dlaczego tak postępuje. Poddajemy w wątpliwość jego motywy. Tak trudno znaleźć  dziś bohatera i patriotę. 
Drugim powodem jest to, że zostaliśmy upokorzeni i wyżywamy się za to na naszym kraju. Zostaliśmy wychowani na wielkim amerykańskim marzeniu; mamy więcej telewizorów, elektrycznych golarek, radioodbiorników, samochodów i pozostałych gadżetów niż jakiekolwiek inne państwo na świecie. Wierzyliśmy w postęp, który jest coraz wspanialszy; nic nie mogło nas powstrzymać. A potem Arabowie odcięli ropę i odkryliśmy, że ludzie grają nieczysto - i zaczęliśmy się wyżywać na naszym kraju. Zaczęliśmy poniżać nasz kraj i w efekcie obserwujemy wielki zanik patriotyzmu. 

Skąd się biorą patrioci? Powiem wam jedną rzecz, która sprawia, że zaczyna ich brakować - dzieje się tak, gdy żyjemy w kraju, którego jedyną troską są horyzontalne ludzkie wartości. Jeśli ludzie wierzą, że jedyną ważną rzeczą jest zarabianie pieniędzy, zmysły lub przyjemności ciała albo też żądza władzy - patriotyzm nigdy nie zaistnieje. Tacy ludzie żyją tylko dla siebie.


Jakie są niezbędne elementy patriotyzmu? Trzeba wyznawać wartości wykraczające poza kwestie horyzontalne lub ziemskie. Trzeba być świadomym tego, że królestwo jest ponad nami i że tam jest życie, trzeba cechować się umiłowaniem szczerości, lojalności, sprawiedliwości, poczuciem odpowiedzialności, trzeba mieć też w sercu Boga, źródło wszelkich wartości. Tylko wtedy, gdy ludzie spoglądają ku czemuś transcendentnemu, są oni patriotami. Gdy ich życiowa droga prowadzi do tego wyższego królestwa, gdy ich celem jest Niebo, wtedy są oni w stanie zejść tu, na ziemię i wtedy są gotowi poświęcać i ofiarować samych siebie.


(...)


Stąd właśnie biorą się patrioci. Biorą się z tego, że wyznają wartości wykraczające poza sprawy ludzkie i ziemskie.


Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: "Why the Decline of Patriotism?", 1940r.

wtorek, 20 stycznia 2015

Chrystus nie zgodził się zostać Królem Chlebowym

Zapowiedź Eucharystii wywołała jeden z największych kryzysów w życiu Chrystusa. Obietnica wydania Jego Ciała, Krwi, Duszy i Bóstwa za dusze ludzkie spowodowała, że utracił wiele z tego, co uprzednio zyskał. Do tego momentu popierali Go prawie wszyscy: tłumy, czyli zwykli ludzie, elity, czyli intelektualiści oraz duchowi przywódcy i wreszcie Jego apostołowie. Lecz ta wzniosła nauka duchowa ich przerosła. Zapowiedź Eucharystii dokonała otwartego rozłamu w gronie Jego wyznawców. Nic dziwnego, że istnieje taki podział między różnymi odłamami chrześcijaństwa, skoro każdy człowiek sam decyduje, czy chce przyjąć wycinek prawdy Chrystusowej, czy jej całość. Nasz Pan był osobiście za to odpowiedzialny; poprosił o wiarę, która przerosła większość ludzi. Gdyby tylko był trochę bardziej tolerancyjny, gdyby tylko pozwolił, aby Jego słowa traktowane były jako figury retoryczne, gdyby tylko był mniej kategoryczny, prawdopodobnie cieszyłby się większą popularnością. 

Ale On wstrząsnął wszystkimi swoimi wyznawcami. Kalwaria miała się stać otwartą wojną, którą mu wypowiedziano; to był początek zimnej wojny. Kalwaria miała się stać fizycznym ukrzyżowaniem; to było ukrzyżowanie społeczne.  


Utracił poparcie tłumów;

Wprowadził schizmę wśród swoich uczniów;
Osłabił nawet grupę swoich apostołów.

Utracił poparcie tłumów: tłumy były w zasadzie zainteresowane jedynie cudami i poczuciem bezpieczeństwa. Gdy rozmnożył bochenki chleba i ryby, zachwycił ich oczy. Gdy wypełnił ich żołądki, zaspokoił ich poczucie sprawiedliwości społecznej. Właśnie takiego króla chcieli, Króla Chlebowego. "Cóż jeszcze może zdziałać religia dla człowieka, poza zapewnieniem mu bezpieczeństwa społecznego?" - zdawali się pytać. Tłumy próbowały zmusić go do tego, aby stał się królem. Szatan też tego chciał! Pełne żołądki, kamienie zamienione w chleb i obietnica dobrobytu - tak kończy się żywot większości śmiertelników.


Lecz nasz Zbawiciel nie chciał królestwa opartego na ekonomii mas. Uczynienie Go Królem było zadaniem Jego Ojca, a nie zadaniem tłumów. Jego Królestwo miało być królestwem serc i dusz, a nie królestwem układów pokarmowych. Dlatego Ewangelia mówi nam, że oddalił się samotnie w góry, aby uciec przed ich tombakową koroną i mieczem z cyny.


Jak niewiele dzieliło tłumy od zbawienia! Pragnęły one życia, a On pragnął dać im życie. Różnica tkwiła w interpretacji słowa "życie". Czy sprawą Chrystusa było zyskiwać wyznawców dzięki wyszukanym programom społecznym? Jest to wszak jedna z form życia. Czy celem Chrystusa była chęć utraty wszystkich myślących o swych żołądkach jako cena za zyskanie tych kilku, którzy przyjmą wiarę i którym dane będą Chleb i Wino Życia? Od tamtego dnia Chrystus już nigdy nie porwał tłumów; dwadzieścia miesięcy później miały one krzyczeć "Ukrzyżuj Go", gdy Piłat powiedział "Oto wasz Król". Chrystus nie jest w stanie utrzymać wszystkich przy Sobie; to Jego wina; jest On zbyt Boski, zbyt przejęty duszami, zbyt uduchowiony dla większości ludzi. 


Owego dnia utracił też poparcie drugiej grupy, a mianowicie elit, czyli przywódców intelektualnych i religijnych. Chętnie przyjmowali Go jako łagodnego, delikatnego Reformatora, który nie zagasi knotka o nikłym płomyku; lecz gdy usłyszeli, że miał On oddać swoje własne życie, w sposób bardziej intymny niż ten, w który matka daje życie niemowlęciu przy swej piersi, było to dla nich za dużo. Ewangelia mówi nam zatem:


 A spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, wielu mówiło: "Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?"  (J 6,60)


Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło. (J 6,66)


Nasz Zbawiciel z pewnością nigdy nie pozwoliłby im odejść, gdyby nie zrozumieli, co powiedział, a mianowicie, że da nam swoje własne życie i uczyni je naszym życiem. Ponieważ jednak właściwie to zrozumieli, nie byli w stanie tego przełknąć. A On pozwolił im odejść. Gdy odchodzili, powiedział im:


"To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem?" (J 6,61-62)


Oczywiście, że wystawiał ich wiarę na próbę. Czyż ludzie nie mają rozumu? W co według Niego mieli uwierzyć? Że był Bogiem? Że każde słowo, które wypowiedział, było Prawdą absolutną? Że potrafił dać wygłodniałym duszom to samo Boskie życie, które widzieli przed sobą? A może lepiej zapomnieć o Chlebie Życia i nazwać go figurą retoryczną? Zatem nasz Pan patrzał, jak odchodzili i nigdy już nie powrócili. Pewnego dnia mieli zacząć podburzać tłumy przeciw Niemu, gdyż - mimo iż nie wszyscy odeszli z tego samego powodu - wszyscy zgadzali się co do tego, że powinni się Go pozbyć.





Chrystus utracił zarówno plewy, jak i ziarno, gdy mówił o sobie jako o Chlebie Życia. Lecz do tego doszło pęknięcie, które wyrządziło Mu ból największy ze wszystkich - ból tak wielki, że tysiąc lat wcześniej został on wyprorokowany jako coś, co miało się stać torturą Jego duszy - utrata Judasza. Wielu zastanawia się, dlaczego Judasz zerwał z naszym Panem; myślą, że stało się to dopiero pod koniec Jego życia i że winę za to ponosi judaszowa miłość pieniędzy. Faktycznie, powodowała nim chciwość, lecz Ewangelia przekazuje nam zdumiewającą historię o tym, że Judasz zerwał z naszym Panem w dniu, w którym ogłosił On, że odda on Swoje Ciało za życie świata. W środku tej długiej historii o Ciele i Krwi Chrystusa, Ewangelia mówi nam, że nasz Pan wiedział, kto Go zdradzi. Zdradzając Judaszowi, że wie o tym, Chrystus powiedział:


"Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem". (J 6, 70-71)


Usłyszawszy obietnicę o Niebiańskim Chlebie, w Judaszu dokonało się pęknięcie; a gdy Eucharystia została dana w noc Ostatniej Wieczerzy, Judasz otwarcie wyłamał się i zdradził.


Odtąd nasz Pan przemierzał ziemię praktycznie w osamotnieniu. Jedynie 12 osób oczekiwało Jego Ducha w dzień Pięćdziesiątnicy. Utracił wszystkie trzy rodzaje ludzi: widział, jak opuszczają Go tłumy, widział, jak odchodzą elity i jak Judasz szykował się do tego, by Go zdradzić. Dlatego nasz Pan zwrócił się do tego, którego tak ściśle związał ze Sobą, człowieka, którego imię zmienił z Szymona na Piotra lub Skałę, i powiedział do niego:


"Czyż i wy chcecie odejść?" Odpowiedział Mu Szymon Piotr: "Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga". (J 6, 67-69)


Lecz w Sercu Chrystusa był już wyryty Krzyż. Jeden z Jego dwunastki był zdrajcą. Elita, która podzieliła się między sobą, miała się teraz zjednoczyć przeciwko Niemu. A pięć tysięcy, które dotykało Jego dłoni, nie chciało dotknąć Jego Serca. Zbliżała się "Jego godzina", a przeciw Niemu zaczęły zbierać się siły.


Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: "The Life of Christ", 1958r., str. 164-167.